RSS
 

Eindhoven – miasto Philipsa

05 sie

Kolejna promocja, szybki telefon i bilety kupione. Tym razem nadszedł czas na holenderskie miasto Eindhoven. Ekipa sprawdzona w szwedzkim Nyköping (Marlena i Rafał), zatem śmiało można było ruszać w trasę! ;-)

Eindhoven to piąte pod względem wielkości miasto w Holandii. Nie posiada zbyt wielu zabytków, ponieważ bardzo ucierpiało podczas II wojny światowej. Wszystkie „starsze” atrakcje można wyliczyć na palcach jednej ręki. Mimo wszystko warto tu przyjechać. Miasto ma swój urokliwy klimat, dlatego jest ciekawym miejscem na jedno-, dwudniowy wyjazd. Niektórzy traktują je jako stację przesiadkową do Amsterdamu lub innych holenderskich, belgijskich lub niemieckich miejscowości. Warto zaznaczyć, że system kolei w Holandii jest bardzo rozbudowany, a składy są niezwykle punktualne. Jeśli zamierzacie wybrać ten środek transportu do poznawania i odrywania państwa tysiąca wiatraków i tulipanów, to ciekawą opcją jest „Dagkaart” – bilet jednodniowy, uprawniający do nieograniczonej liczby przejazdów koleją. Kosztuje on około 40 € (~ 170 zł).

Eindhoven to małe lotnisko, które głównie obsługuje „low costy”. Najpopularniejsze i najczęściej spotykane tu samoloty to: Wizzair, Ryanair oraz Transavia. Jest to również dobry punkt przesiadkowy. Mimo, że niskobudżetowi przewoźnicy nie mają w swoich ofertach lotów przesiadkowych, to bardzo często tak ustalają rozkład lotów, aby umożliwić to podróżnym na własną rękę. Podobnie jest na wielu innych lotniskach, chociażby Luton, Malmö, czy Sztokholm Skavstca. Eindhoven ma bogatą ofertę lotów do wielu hiszpańskich, portugalskich, włoskich i greckich miast. Możliwa jest również podróż do Wielkiej Brytanii, Skandynawii, na Bałkany, czy Kaukaz Południowy. Wystarczy dobrze pokombinować! :)

My startowaliśmy z Gdańska o 9:10. Nasz lot trwał około 1,5 godziny. Do miasta dostaniecie się charakterystycznymi autobusami linii 401. Odjeżdżają średnio co 20-30 minut.

Bilet do miasta kosztuje 3,50 € (~ 15 zł), można go kupić w biletomacie, znajdującym się na przystanku lub w autobusie. Automaty nie przyjmują banknotów, dlatego warto wziąć ze sobą kilka euro w bilonie lub zapłacić kartą. Podróż mija szybko, po około 20 minutach wysiadamy w pobliżu naszego hotelu. Z całą odpowiedzialnością mogę polecić każdemu to klimatyczne miejsce – stara fabryka Philipsa zaadaptowana m.in. na hotel – Blue Collar Hotel. My spaliśmy w pokoju wieloosobowym, jednak za sprawą ułożenia łóżek i „odgrodzenia” ich za pomocą płyt (przypominało to trochę biurowe boxy), każdy mógł zachować prywatność. Nocleg za dwie noce to wydatek rzędu 40 € (~ 170 zl). Zakwaterować się można od godziny 16:00. W przypadku wcześniejszego przyjazdu do obiektu istnieje możliwość zostawienia większego bagażu na miejscu. My skorzystaliśmy z tej opcji, zostawiliśmy zbędne rzeczy i ruszyliśmy na podbój miasta. W recepcji dostaniecie również darmową mapkę miejscowości.

Hotel znajduje się około 15-20 minut spacerkiem od centrum miasta. Po drodze przechodzi się obok Stadionu Philipsa. Gra na nim słynna holenderska drużyna PSV Eindhoven, w której możemy odnaleźć polski akcent – Przemysława Tytonia. Na stadionowej trybunie jedno miejsce jest zawsze zarezerwowane dla najwierniejszego fana, który często pojawiał się na meczach – Frista Philipsa, który dożył sędziwego wieku 100 lat, zmarł w 2005 r.

Ścisłe centrum miasta stanowi dworzec autobusowy i kolejowy.

Przed budynkiem znajduje się pomnik samego Philipsa…

…oraz to, co zszokowało nas najbardziej – parkingi dla rowerów, które były wypełnione po brzegi! Nigdy w życiu nie widziałem takiej ilości jednośladów w jednym miejscu! Później śmieliśmy się ze znajomymi, że w Holandii o wiele łatwiej zostać potrąconym przez rower lub skuter niż samochód, czy autobus. W przypadku ostatniego środka transportu trzeba się wybitnie postarać, ponieważ w całym mieście są sygnalizatory świetlno-dźwiękowe zapowiadające zbliżający się autobus. Przyczyną niezwykłej popularności jednośladów wśród Holendrów są drogie opłaty za wjazd samochodem do centrum. No tak… jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze ;-)

Zaraz przy rowerach stała nietypowa (z punktu widzenia Polaka) atrakcja, ratująca pewnie wiele istnień – publiczny pisuar :-) W całym mieście widzieliśmy kilka – jedne mniej, inne bardziej „wypasione”.

W okolicy dworca znajduje się ciekawa forma przestrzenna Gele Kegels.

Plac w centrum miasta stanowi spora wolna przestrzeń, pod którą jest podziemny parking dla rowerów. Przez cały okres pobytu w tym mieście nie przestawały nas zadziwiać udogodnienia dla cyklistów. Dużym zaskoczeniem było również to, że skutery jeździły po drogach rowerowych, także trzeba było podwójnie zwiększyć czujność.

Eindhoven jest też dobrym miejscem dla osób lubiących zakupy. Znajdziemy tu sporo znanych i mniej znanych sklepów. Myślę, że najbardziej rozpoznawalną marką z dość tanimi (nawet jak na nasze zarobki) ubraniami jest Primark. W dobie tanich lotów każdy z nas może polecieć na zakupy za granicę i „upolować” coś dla siebie za rozsądne pieniądze ;-)

Patrząc na te wszystkie budynki miałem wrażenie, że miasto jest nieco „kwadratowe”. Ma to jednak swój urok. Spacerując po centrum Waszej uwadze na pewno nie ucieknie „Blob”, który nijak nie wpisuje się w kanon odmierzonej od linijki architektury ;-)

Po małych zakupach w Primarku, C&A oraz markecie spożywczym Albert Heijn ruszyliśmy bocznymi uliczkami w stronę Kościoła św. Katarzyny – jednego z niewielu zabytków w mieście. W środku są informatory, również w języku polskim.

Przed wejściem do Kościoła, w płytach chodnikowych znajdują się dwa przeszklone doły, w których można zobaczyć szczątki ludzi, zmarłych w wyniku epidemii. Więcej informacji i zdjęć na ten temat znajduje się wewnątrz w prawej nawie. Zbliżała się godzina 16:00 i nasze brzuchy powoli dawały o sobie znać. Zawiedzeni, że nie udało nam się znaleźć słynnego holenderskiego przysmaku – kibbeling (ryba w cieście z sosem czosnkowym) udaliśmy się do baru/restauracji „De Hoeck”, polecanej na kilku forach internetowych. Jest to typowy kebab, ale za około 6-10 € (~ 25-40 zł) można się najeść do syta. Do wyboru jest mała lub duża porcja. Od razu ostrzegam, że mała porcja jest ogromna, więc podziwiam ludzi, którzy zdecydowali się wybrać drugą opcję. Składając zamówienie sugerowaliśmy się głównie zdjęciami w menu, aby później nie mieć nieprzyjemnej niespodzianki zamawiając coś „w ciemno” w dodatku w obcym języku.

Po obiedzie nastał czas sjesty na ławeczce, nieopodal wcześniej wspomnianego Kościoła. Niestety widzieliśmy „typowych Polaków” w obcym kraju – nawaleni jak szpadle, ku**wy co drugie słowo i zaczepianie przechodniów z uprzejmym i pełnym troski pytaniem: „Co ku*wa?! Masz jakiś problem?!” – chciałoby się rzecz „Polaki – cebulaki”. Niestety takie osoby psują nam opinię w oczach innych narodów.

Odpoczynek, odpoczynkiem, ale trzeba ruszać dalej i zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać! Marlena i Rafał bardzo „ochoczo” podchodzą do mojej „krótkiej” trasy zwiedzania miasta. Udało mi się ich przekonać do dalszej wędrówki, ale w życiu trzeba iść na kompromisy, toteż co jakiś czas sprawdzaliśmy i porównywaliśmy wygodę holenderskich ławeczek :-)

Spacerując doszliśmy do ratusza miejskiego. Mieliśmy szczęście, bo właśnie odbywał się ślub, dlatego zrobiliśmy mały przystanek, aby zobaczyć jak na obczyźnie obchodzi się to wydarzenie. Długo czekaliśmy na młodą parę, która okazała się „młodą-starą” parą, ponieważ oboje świeżo upieczeni małżonkowie mieli na oko około 60 lat. Ku naszemu zdziwieniu zaraz po życzeniach goście rozeszli się każdy w swoją stronę, młoda para wsiadła do czerwonego kabrioletu z rejestracjami „JUST MARRIED”, brzdękającymi puszkami zaczepionymi z tyłu auta i odjechała w siną dal… Nie wiem, czy jest to reguła i wszystkie śluby w tym kraju tak właśnie się odbywają, ale zdecydowanie wolę naszą, polską gościnę! ;-)

Dwa kroki dalej czeka na nas kolejna wizytówka miasta „Van Abbe Museum”. W środku znajdują się dzieła m.in. takich malarzy, jak Pablo Pisacco, czy Wassily Kandinsky. Budynek muzeum łączy tradycyjną architekturę z nowoczesną.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił czegoś głupiego. Widząc figurki koni przy wejściu do muzeum nie mogłem się powstrzymać przed chęcią ujarzmienia ich! Musiałem tylko poczekać, aż pan z ochrony przestanie na nas zwracać uwagę i wejdzie do środka. Wtedy Rafał stanął na czatach, Marlena chwyciła za aparat, a ja dosiadłem rączego rumaka – efekt możecie podziwiać poniżej ;-)

Dalej udaliśmy się na spacer wzdłuż malowniczej rzeki Dommel w kierunku Kościoła Najświętszego Serca. Niestety był zamknięty, wiec mogliśmy go tylko podziwiać z zewnątrz.

Niedaleko znajduje się DAF Museum – muzeum pojazdów marki DAF. Interesujące miejsce, warte wydania kilku eurasów.

DAF-Museum

źródło: www.dafmuseum.nl/nl-nl/over-daf-museum/collectie

Ostatnim punktem naszego programu wycieczki był Evoluon. Wyglądem przypomina statek kosmiczny. Jego fundatorem był First Philips. Obiekt początkowo spełniał funkcje naukowo-technicznego centrum edukacyjnego, obecnie znajdują się w nim biura.

W drodze powrotnej do hotelu byliśmy świadkami ciekawej sytuacji. Mianowicie pewien Holender wyrzucał śmieci :-) Nie byłoby w tym jednak nic interesującego, gdyby nie to, że w okolicy nie było śmietników (takich tradycyjnych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni na co dzień w Polsce). Zastanawialiśmy się, jak wybrnie z tej sytuacji. Pan spokojnie podszedł do skrzynki, przyłożył kartę (która prawdopodobnie pobrała opłatę) i otworzył zsyp. Byliśmy zaskoczeni, ale przecież człowiek uczy się przez całe życie, a podróże są zdecydowanie najlepszym nauczycielem poszerzającym horyzonty! :-) „Śmieciomaty” możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.

W niedzielny poranek zrobiliśmy piknik przed lotniskiem. Polecam ketchup z curry! Nie spotkałem go nigdy wcześniej w Polsce. Ma charakterystyczny smak, który nie wszystkim może odpowiadać, jednak warto go spróbować.

Podsumowując, Eindhoven jest ciekawym i bardzo zróżnicowanym kulturowo miastem. Możecie tu spotkać ludzi z całego świata, prawie jak w Londynie. Mimo, iż nie ma wielu zabytków to może być dobrym miejscem „na piwo” ze znajomymi (popularnym złotym płynem jest tutaj Bavaria), zakupy lub przystankiem do dalszej podróży w nieznane. Ceny w sklepach spożywczych nie powalają i są zbliżone do naszych, natomiast miłym zaskoczeniem były tańsze (w porównaniu z Polską) ceny ubrań. Zdecydowanie warto wybrać się tutaj na mały shopping. Atrakcją, o której zapomniałem wspomnieć jest Eindhoven Museum – skansen, ukazujący życie dawnych mieszkańców miasta.

Jeszcze przed wylotem mieliśmy w głowie dość stereotypowy obraz holenderskich miast – spodziewaliśmy się oparów marihuany na każdym kroku. Ku naszemu zdziwieniu musieliśmy się mocno postarać, aby znaleźć Coffeeshop. Co jakiś czas w okolicy barów można było wyczuć słodkawy zapach jointów, ale nie było to w żadnym stopniu uciążliwe. Mieszkańcy opowiadali, że typowo imprezowym miastem, gdzie dzieje się dosłownie wszystko jest Amsterdam. Niestety nie mogę jeszcze tego potwierdzić, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się dotrzeć do tego i wielu innych holenderskich miejscowości!

Podsumowując wydatki:

bilety lotnicze w dwie strony = 110 zł

2 noce w hostelu = 40 € (~ 170 zł)

bilet komunikacji miejskiej = 3,5 € (~ 15 zł)

przeciętny obiad w barze = 6-20 € (~ 25-85 zł)

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Holandia

 

Tags: , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz